Nasze życie runęło jak ta kamienica

Czytaj dalej
Fot. Dariusz Gdesz
Małgorzata Moczulska

Nasze życie runęło jak ta kamienica

Małgorzata Moczulska

Marysia w szkolnym przedstawieniu miała zagrać anioła. Nie zdążyła...

Świebodzice. Ulica Krasickiego. Niewielka, tuż przy Rynku, położona w granicach średniowiecznych fortyfikacji. Przy niektórych kamienicach wciąż zachowały się kawałki zabytkowych murów obronnych. Budynki mieszkalne też trochę „zabytkowe”. Stare, poniemieckie, w większości komunalne. Ludzie się tu znają, bo mieszkają często od pokoleń.

W ciepłe dni życie przenosiło się na podwórka i ulice. Grille niemal na chodnikach, mecz na prowizorycznym boisku i dzieci bawiące się w berka. Dziś panuje tu przejmująca cisza. Życie jakby zamarło. W miejscu, w którym jeszcze niedawno stała kamienica z nr. 28, został plac. Na jego środku znicze, obok pluszowe misie.

- Dwa tygodnie temu był tu jeszcze dom, a w środku toczyło się życie. Śmiech, rozmowy, pewnie kłótnie. Tydzień później było gruzowisko, a dziś nie ma śladu po kamienicy, a co gorsze po ludziach, którzy tu żyli. Wszystko posprzątali, został pusty plac. Proszę zobaczyć, jak to wygląda? Smutne klepisko. Jak sobie o tym myślę, to mnie aż ciarki przechodzą. Był dom, był człowiek i w jednej chwili nic nie ma - mówi starszy mężczyzna. Z drugiej strony ulicy z siatkami w rękach stoi kobieta w nieokreślonym wieku. Otulona szalem, z beretem na głowie. Aura przypomina bardziej zimę niż wiosnę - mówi pani Janina.

Przychodzę tu niemal codziennie i nie mogę w to uwierzyć. Sześć osób nie żyje...

Pytam, czy znała ofiary.
- Z widzenia wszystkie, ale wie pani, chyba nie dlatego to takie trudne. Ja ciągle myślę o czymś innym. O tym, jak życie jest okrutne i jak nieprzewidywalne. Człowiek rano wstaje, je śniadanie, ma plany na popołudnie lub weekend i nagle go nie ma. Ginie we własnym domu, we własnej kuchni, łóżku. Najbardziej to tych dzieci mi żal. Bo co one winne?! Całe życie miały przed sobą - dodaje.

Marysia - zaradny anioł

Marysia razem z mamą i rodzeństwem mieszkała na drugim piętrze. 9-latka nie miała łatwego dzieciństwa. Ojciec odszedł od nich, gdy była malutkim dzieckiem. Zamieszkał na drugim końcu Polski. Nie utrzymywał z nią kontaktów. Na szczęście mama kochała ją za dwoje. - Zaradna, nie dawała sobie wejść na głowę, dzielna - mówią o niej ci, którzy ją znali.

Na miejscu, na którym  do poranka 8 kwietnia stał dom, dzisiaj stoją znicze.
Dariusz Gdesz 9-letnia Marysia, harcerka, zginęła razem z mamą, 40-letnią Anną Wiśniewską.

Dzielna była również w sobotę, 8 kwietnia. Walczyła o swoje życie długo i z całych sił. Najpierw przyciśnięta fragmentami domu, który kochała, a potem na ulicy i w karetce. Walczyli o nią też inni. Wyciągnięto ją z gruzów niespełna godzinę po tym, jak kamienica w jednej sekundzie rozpadła się na kawałki. Strażacy, a potem lekarze reanimowali ją kilkanaście minut. Nie udało się.

- Jej serduszko przestało bić i jest teraz w niebie. Została prawdziwym aniołkiem. Tak mówi moja mama - tłumaczy mi Ola, jej koleżanka ze szkoły. Spotykamy ją w środę przed kościołem, w którym lada chwila rozpocznie się ostatnie pożegnanie 9-latki.

Jej mamie na słowa córki w oczach pojawiają się łzy. Odwraca głowę i wyciera je ukradkiem, by dziewczynka nie widziała.

- Marysia miała grać w przedstawieniu szkolnym aniołka - tłumaczy mi chwilę potem szeptem. - Klasa przygotowywała je od wielu tygodni, ale nie zagrała… Powiedziałam córce, że tylko dlatego przedstawienia nie było, bo Marysia aniołkiem stała się naprawdę. Zresztą, jak inaczej wytłumaczyć dziecku, że jego koleżanki nie ma? Przecież one myślą, że są nieśmiertelne, że im się nic nigdy nie stanie. Trudno po czymś takim się otrząsnąć - mówi kobieta.

Trudne dni

W Szkole Podstawowej nr 3 w Świebodzicach, w której uczyła się Marysia, doskonale to wiedzą. Z klasą dziewczynki oraz jej koleżankami i kolegami spoza niej rozmawiały pani pedagog oraz dwie panie psycholog. Przez trzy dni drzwi do ich gabinetów się nie zamykały. Dyrektor szkoły Jolanta Styrna-Grossman mówi, że dzieci potrzebowały tego. Przychodziły, by się wypłakać, porozmawiać, znaleźć pocieszenie.

- Wie pani, ja jako dziecko też straciłam koleżankę z klasy. Zaczadziła się we własnym domu i choć to było wiele lat temu, wciąż to pamiętam. Dlatego potrafię sobie wyobrazić, co czują te dzieci - mówi dyrektor szkoły. I dodaje, że cała szkoła dopiero uczy się, jak żyć po tej tragedii.

- Wszyscy, którzy znali Marysię, są w rozsypce. My, dorośli, jakoś musimy się trzymać, ale nie jest nam łatwo i dzieci to widzą - przyznaje Jolanta Styrna-Grossman i opowiada, że wychowawczyni klasy II b, do której chodziła Marysia, w środę dostała od jednej z czwartoklasistek bukiet kwiatków zerwanych z ogródka.
- Żeby nie była pani taka smutna - powiedziała jej uczennica.

Szkoła wspólnie przeżywa żałobę i wspólnie pożegnała Marysię. W czwartek wszyscy byli na mszy w kościele, przeprowadzono też zbiórkę darów dla jej brata, który wciąż walczy o życie w szpitalu.

- Takie pożegnanie, mimo że bolesne, bo przecież to pogrzeb, jest im potrzebne, choć pewnie tematu nie zamyka - dodaje Jolanta Styrna-Grossman.

Podobnie jest w Zespole Szkół w Międzylesiu, gdzie uczył się 13-letni Marcin. Z gruzów wyciągnięto go niemal w tym samym czasie co Marysię. Też długo próbowano reanimować.

- Marcin biegał po korytarzu jak przeciąg, zawsze wszędzie się spieszył. Zawsze się śmiał z tego, co się wydarzyło, a wszelkie niebezpieczeństwa od siebie odsuwał. Nawet z chłopakami na boisku, grając w piłkę, walczył do końca. Kiedy otrzymaliśmy tę wiadomość, nie mogliśmy w to uwierzyć. Przecież on się zawsze ze wszystkiego wyślizgiwał. Dawał sobie znakomicie radę w trudniejszych, zdawałoby się, sytuacjach - wspomina chłopca Ryszard Bodnar, dyrektor szkoły.

On też musiał zmierzyć się z tym, jak wytłumaczyć dzieciom, że tym razem Marcinowi się nie udało, a co najważniejsze - dlaczego mu się nie udało.

Są pytanie, na które nawet my, dorośli, nie znamy odpowiedzi.

Marcin marzył, by zostać strażakiem. Odwaga miała mu w tym pomóc. Zapisał się nawet do drużyny Ochotniczej Straży Pożarnej w Międzylesiu. - Jak się o tym dowiedziałem, to mnie za gardło ścisnęło… - wspomina pan Łukasz, zawodowy strażak.

Wierzyli w cud

Feralnego dnia miał służbę. Kiedy przyszło wezwanie, nie do końca wiedział, co zastanie na miejscu. - Ale kiedy przyjechaliśmy… Szkoda gadać. Czegoś takiego nie widziałem, a co gorsze czułem, że jest źle, bardzo źle.

Przez kilkanaście godzin, podobnie jak ponad setka innych ratowników, przeszukiwał gruzowisko cegła po cegle, by dokopać się do ludzi. Walczył z czasem i żył nadzieją, że uda się jeszcze kogoś uratować. Mijały godziny, a on wiedział, że szansę na to maleją. I nie była to tylko intuicja czy racjonalny ogląd sytuacji. Żywych ludzi nie wyczuwały psy, ich oddechów nie słyszały urządzenia nasłuchowe. Liczył jednak na cud. - Przecież te się zdarzają - tłumaczy.

Niestety, nie tym razem. - Te bezbronne dzieci wyciągane z gruzowiska, a potem reanimowane... Długo, jeśli w ogóle, tego nie zapomnę. Zwłaszcza że sam mam dzieci - wspomina.

Do dziś, choć od akcji minęło kilka dni, bolą go ręce, przypominając o tym, co się stało. - Człowiek w tej pracy ma styczność ze śmiercią, ale ze śmiercią dzieci trudno się pogodzić, trudno o niej zapomnieć. Najtrudniej…

Pytany, co zmieniło się w jego życiu w tę feralną sobotę nie ma wątpliwości. - Stosunek do życia. Zamierzam cieszyć się każdą chwilą, każdą drobnostką i doceniać to co mam - mówi.

Byle nie gaz

21-letni Janusz w katastrofie stracił ojca. Sam wyszedł bez szwanku, bo chwilę przed wybuchem poszedł do sklepu kupić zeszyt. Janusz ma szczęście, bo nie do końca dociera do niego to, co się stało. - W jednej chwili mówi, że tato zginął, w innej dzwoni do ojca na komórkę i denerwuje się, że ten nie odbiera - mówi jego mama.

Janusz żyje teraz przeprowadzką. Razem z mamą dostaną od miasta nowe mieszkanie. Oglądał je już nawet i podobało mu się. - Trzeba będzie nosić węgiel do pieca na pierwsze piętro, ale to mi nie przeszkadza - mówi. - Lepiej mieć piec niż gaz - dodaje po chwili.

Ci, którzy katastrofę przeżyli, nie mają wątpliwości, że przyczyną był wybuch gazu. Tłumaczą, że tylko jego siła mogła spowodować takie zniszczenia. I nie kryją, że się boją.

- Czy sąsiad nie ma w kuchni butli gazowej? Czy instalacje jest szczelna? Czy aby na pewno zakręciłam kurek na kuchence? - takie pytania w ich głowach pojawiają się od soboty co chwilę i budzą niepokój. Boi się też pani Lucyna. Z okien jej mieszkania widać plac, który pozostał po kamienicy. W sobotę przestała w tych oknach cały dzień.

- Siedziałam przy stole w kuchni, gdy nagle usłyszałam huk, aż zatrzęsła się podłoga. Wystraszyłam się. Zaczęłam wołać męża, który był w pokoju. Przez chwilę nasłuchiwaliśmy, co się dzieje. W końcu on podszedł do okna i zaklął pod nosem. Zaraz potem włożył buty i wybiegł z domu. - Nie ruszaj się stąd! - rzucił w drzwiach. Stałam w tym oknie jak sparaliżowana. Wszędzie było siwo, ale kurz opadł już na tyle, by odsłonić to, co zostało po kamienicy. Ten dzień, te wiadomości o kolejnych ofiarach wyciąganych przez ratowników będzie jeszcze długo śnił mi się o nocach. Wszystkich znałam. Najlepiej panią Anię, bo pracowała w biurze rachunkowym i kiedyś rozliczała mi PIT-a. I jej Marysię - mówi.

Żyć. Tu i teraz

Kiedy pytam ją czy katastrofa zmieniła jej życie, chwilę się zastanawia. - W przyszłym roku chcemy wymienić instalację gazową. Mąż chce też, byśmy w końcu pojechali na wakacje, zamiast odkładać pieniądze na koncie i chyba ma rację. Po co oszczędzać, jak człowiek nie wie, co go czeka. Nie ma co planować, lepiej żyć tu i teraz. Boję się tylko, że w końcu zapomnę, tak jak zrobiło to już wielu innych. Niektórzy nie widzą nic poza czubkiem własnego nosa i są zawistni tak, że czasem trudno w to uwierzyć - kończy.

Dopytuję, co ma na myśli. Najpierw tłumaczy, że głównie o fakt, że życie toczy się dalej niezależnie od tego, co dzieje się wokół, ale po chwili wyjaśnia, o co jej konkretnie chodziło.

- Zaraz po katastrofie wszyscy współczuli tym, co stracili dach nad głową, a teraz pojawiają się różne głosy - mówi. - Ostatnio w kolejce w markecie przysłuchiwałam się rozmowie dwóch pań, które dyskutowały o tym, że dorosłe już dzieci ofiar katastrofy dostały dożywotnie renty, w dodatku aż trzy tysiące. Panie bolało również to, że poszkodowani dostaną od gminy lepsze mieszkania niż te, które mieli, i jeszcze nowe lodówki, meble i pieniądze z zasiłków. Jakby zapomniały, jaki jest powód tej pomocy. Szkoda gadać!

Zawaliła się nie tylko kamienica

8 kwietnia wraz z kamienicą zawaliło się życie kilku rodzin. Najbardziej ucierpiała jedna. Ta w mieszkaniu pod numerem 5. W chwili tragedii rozmawiali w pokoju. Niedawno wstali i planowali, jak spędzą sobotę. To miał być wyjątkowy weekend. W piątek do Świebodzic przyjechali w odwiedziny z Międzylesia dwaj synowie pana Tomasza, który związał się z mamą Marysi. Spod gruzów wyciągnięto dwójkę dzieci: Marysię i Marcina. Zginęła też 40-letnia mama Marysi - Anna Wiśniewska oraz Tomasz Darłak, 39-letni tata chłopca. W szpitalu w ciężkim stanie leży Paweł, 13-letni syn pani Anny.

64-letniego Mirosława Ożgę śmierć zaskoczyła w łóżku. Żona Stanisława krzyczała do niego z kuchni, by się ratował, ale przygnieciony gruzem nie był w stanie wstać. Przy stole, przy śniadaniu, zginął 59-letni Mirosław Kłosowski. Nie miał mu kto pomóc. Mieszkał sam. Wprawdzie czasem pomieszkiwał u niego syn, ale w sobotę go nie było.

Ulica Krasickiego przeznaczona jest do rewitalizacji. Plany są gotowe od dawna. Za unijne pieniądze mają tu powstać ładne zielone skwery, place zabaw. Budynki zyskają ładne elewacje, będą nowe chodniki. Ma być ładnie. Mieszkańcy nie mogą się doczekać. Tylko kamienicy z numerem 28 już nie będzie...

Małgorzata Moczulska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.to.com.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.