Patrycja Markowska: Nasz wewnętrzny głos nigdy się nie myli

Czytaj dalej
Fot. Karolina Harz
Paweł Gzyl

Patrycja Markowska: Nasz wewnętrzny głos nigdy się nie myli

Paweł Gzyl

W swych nowych piosenkach Patrycja Markowska śpiewa o wolności – dlatego zatytułowała zawierającą je płytę „Wilczy pęd”. Nam opowiada jak starała się wyrwać swego tatę z marazmu podczas pandemii i czym się kieruje wychowując swego syna.

Jest taka stara łacińska sentencja: „W czasie wojny milczą muzy”. Zgadzasz się z nią?
Jakie poruszające zdanie. Ja zamilkłam, kiedy wybuchła wojna z Ukrainą. Rozwaliło mnie to kompletnie. Nie sądziłam, że dożyję czasów takiego wybuchu nienawiści. Myślałam, że nasz świat poszedł już dużo dalej. Wstrzymałam wtedy wszelkie działania, jeśli chodzi o premierę płyty „Wilczy pęd”.

Ale podjęłaś ciekawe działania charytatywne.
Pojawił się piękny pomysł, żeby wydać singiel z piosenką „Na zakończenie dnia” i połączyć to z akcją pomocy Ukrainie. Rozmawialiśmy z lekarzem, który mówił, że brakuje tam wszystkich leków, również kardiologicznych. Postawiliśmy na ten konkretny utwór, bo niesie on mocne hasło: „Na zakończenie dnia wierzę wciąż/Że idę w dobrą stronę”. Ogłosiliśmy, że pojedziemy do tej osoby, która najwięcej wpłaci i wykonamy dla niej na żywo „Na zakończenie dnia”. Okazało się, że najwięcej wpłacił ktoś, kto funkcjonował jako „Pilot”. Myślałam, że to jego ksywa, ale okazało się, że to prawdziwy pilot z Jeleniej Góry. Martwiliśmy się, że będziemy musieli się tam tłuc z instrumentami pociągiem, ale napisał, że ma Cesnę i... przyleci po nas. Życie potrafi więc nas zaskakiwać.

Co sprawiło, że zechciałaś pomóc innym?
To pierwszy odruch, ale czytam też obecnie książkę „Radość życia” Dalajlamy. Pisze on tam, że zaspokajanie własnych potrzeb na drodze konsumpcjonizmu, nigdy nie przyniesie nam szczęścia. Zawsze chce się więcej – to jest czarna dziura bez dna. Tymczasem pomaganie innym daje radość i szczęście. To się wydaje oczywiste, ale jakie jest prawdziwe. Bo spójrz teraz na Polaków, jak pięknie zdają egzamin z człowieczeństwa, pomagając Ukraińcom.

No właśnie: jest to dla ciebie budujące?
Podczas przykrych incydentów na naszej białoruskiej granicy, pękało mi serce. Angelina Jolie, kiedy odbierała jakąś nagrodę, powiedziała: „Gdzieś jest na świecie podobna do mnie kobieta. Nazywa się inaczej, ale ma podobną wrażliwość czy talent. Może jest nawet lepsza ode mnie? Różnica między nami jest tylko taka, że ja odbieram nagrodę, a ona jest w obozie dla uchodźców”. To mnie dotknęło. Wojna powoduje straszne upodlenie. Kiedy zobaczyłam jak ruszyliśmy Ukraińcom na pomoc z tak otwartym sercem, poczułam się dumna, że jestem Polką. Wystarczy, że spojrzę dokoła. Tu moja przyjaciółka zasuwa z czterema kupionymi kołdrami, bo przyjeżdżają do niej uchodźcy. Tu koleżanka mojego syna z klasy siadła do pianina i zagrała poruszającą piosenkę o Ukraińcach. Tu mój były menedżer Jasio z raperem Vieniem gotują codziennie po kilka godzin dla uchodźców. To bardzo porusza.

Wojna w Ukrainie sprawiła, że zapomnieliśmy już o traumie, jaką była dla nas pandemia. Tymczasem to właśnie w pandemii zaczęłaś prace nad swoją nową płytą. Jak w tym trudnym czasie znalazłaś energię do pisania piosenek?
Po mojej przygodzie w programie „Ameryka Express”, wyszła piosenka „Niepoprawna”. Ona była bardzo pozytywna. Stała się przebojem i często pojawiała się w eterze. Potem zaczęła się pandemia. Bardzo odczuł to mój tata. Zaliczył mocny spadek sił witalnych. Również dlatego, że musieliśmy się mierzyć ze stratą bliskiej osoby w rodzinie. Starałam się więc jakoś go pocieszyć. Zaczęłam go namawiać, byśmy wspólnie pisali nowe piosenki. On na początku nie chciał. Może dlatego, że nie wierzy w siebie jako w kompozytora. „Tato, wystarczy, że zaczniemy. Potem weźmiemy moich muzyków i będziemy to robić wspólnie” – mówiłam. W końcu zgodził się i tak powstały trzy piosenki, które teraz trafiły na „Wilczy pęd”. To zapoczątkowało moje myślenie o tej nowej płycie.

Jaką chciałaś, by ona była?
Pomyślałam, że bardzo pragnę teraz śpiewać o wolności. Jak nabiera ona obecnie nowego znaczenia. Wolność wewnętrzna, wolność kraju, wolność w byciu blisko natury, wolność od konsumpcjonizmu. I taka też płyta powstała. „Wilczy pęd” to dla mnie zew wolności – choćby taki, jaki zawsze podziwiałam w filmie „Tańczący z wilkami” i nasiąkałam w dzieciństwie w rodzinnym Józefowie.

Materiał na płytę powstał w doborowym towarzystwie: Maciej Wasio, Olaf Deriglasoff, Mariusz Obijalski, Robert Gawliński. Jak udało ci się zebrać tak zacne grono muzyków?
Jak zwykle to nie było wymyślone, tylko samo wyszło w trakcie pracy. Producentem płyty jest Mariusz Obijalski, a jego prawą rękę jest Maciej Wasio. Oni czuwali nad całokształtem albumu. Kiedy powstała piosenka „Na zakończenie dnia”, stwierdziłam że potrzeba mi w niej jakiegoś łobuza, ponieważ zainspirował ją serial „Peaky Blinders”. Wtedy akurat usłyszałam głos Dawida Karpiuka z zespołu Dziwna Wiosna. „On jest jak wyjęty żywcem z tego serialu” – pomyślałam, kiedy go zobaczyłam. Stąd jego głos w tym nagraniu. Potem pojawił się Robert Gawliński, który sam zadzwonił do mnie i powiedział: „Mam dla ciebie piosenkę”. Jestem jego totalną fanką, więc wybłagałam, abyśmy razem napisali do niej tekst i zaśpiewali. To wszystko samo się pojawiało. Ważną rolę odegrali też wyśmienici muzycy z mojego zespołu, którzy nagrali ze mną ten materiał. Stąd tu choćby długie solówki na gitarze Maćka Mąki czy piękna partia harmonijki ustnej Mariusza Obijalskiego. Bardzo cieszę się z tych chwil.

Trudno jest być liderką takiej męskiej orkiestry?
Trudno. Najpierw zawsze próbuję użyć kobiecego uroku, żeby wymóc swoje (śmiech). Kiedy widzę, że praca nie idzie, najpierw się wdzięczę i trzepię rzęsami. Niedawno wrzuciłam na TikToka filmik o tym, jak motywuję muzyków. Widać tam jak w pewnym momencie w studiu... podciągam bluzkę do góry. Kiedy te kobiece sztuczki nie działają, staję się twarda i stanowcza. Muzycy, z którymi pracuję, to bardzo silne osobowości. Każdy ma silne ego. Całe szczęście wszystko są to profesjonaliści, dlatego wiedzą, że to ja firmuję te piosenki swoim nazwiskiem i twarzą, więc to musi być bardzo moje. Jestem z tych wokalistek, które biorą czynny udział na wszystkich etapach pracy nad płytą. Nie odpuszczam.

Piosenki z „Wilczego pędu” mają momentami bluesowy charakter. Skąd taki pomysł?
Kiedy przychodzi trudny czas, robi się życiowe podsumowania. Ja też je zrobiłam i sama przed sobą przyznałam się, że pragnę robić muzykę, która mi gra w sercu w stu procentach. Zawsze niby taką robiłam, ale czasami chodziłam na mniejsze lub większe kompromisy. Teraz nie miałam ochoty tego robić. Nie chcę też brać udziału w jakichkolwiek wyścigach. Czuję, że to nie dla mnie.

No właśnie: piosenki z „Wilczego pędu” nie mają typowo radiowego formatu. Co dało ci odwagę, by poeksperymentować?
Ten trudny czas. Pandemia i wojna. Zobaczyłam wtedy, że nie wiemy, ile jeszcze nam pozostało czasu. Uświadomiłam sobie, że nie wiem ile jeszcze płyt wydam. Dlatego uznałam, że nie mogę tracić czasu na piosenki, które nie są do końca moje. Całe szczęście moja obecna wytwórnia dała mi wolność i przestrzeń. To jest fajne. Dlatego z pełnym przekonaniem śpiewam: „Wierzę na koniec dnia, że idę w dobrą stronę”. I nie chciałabym z tej drogi zbaczać.

Słychać na „Wilczym pędzie” echa polskiego rocka z lat 70. i 80. To dlatego, że wychowałaś się na takiej muzyce?
Jasne. Zawsze był dla mnie wielką inspiracją Perfect – szczególnie pod względem tekstów, ponieważ w piosenkach taty była od początku duża odpowiedzialność za słowo i za to, co się śpiewa. Podobnie było z Breakoutami. Kiedy pracowałam z tatą, on w pewnym momencie zapytał: „Jaki numer masz ochotę zrobić?”. „Taki breakoutowy” – odpowiedziałam. Ta muzyka bardzo we mnie rezonuje. Pamiętam, że jako dziecko byłam w domu Miry i Tadeusza. Oni mieli basen, a ja wpadłam tam i rozwaliłam sobie łeb. Wtedy Mira, żeby mnie pocieszyć otworzyła mi puszkę z brzoskwiniami. A to był wtedy prawdziwy frykas. Kiedyś z kolei Tadeusz powiedział mi, że mam „fajną barwę głosu”. Pamiętam te chwile do dzisiaj. To byli bardzo ciepli ludzie. Szczerze powiedziawszy nie planowałam, że nagram płytę zainspirowaną polskim rockiem i bluesem z lat 70. i 80. Po prostu mam w zespole świetnego gitarzystę – i kiedy dałam mu pełną wolność, poszedł właśnie w tę stronę. To samo się działo.

A jak powstał duet z tatą w „Kieszeniach”?
Kiedy siedzieliśmy z tatą, w pewnym momencie wkroczyła mama i powiedziała: „Pitolicie na tych gitarach, zróbcie przynajmniej jedną piosenkę od a do z”. Tata skomponował więc muzykę, a ja siadłam do tekstu. Tak powstały „Kieszenie”.

To, że teraz pracujesz z tatą, to konsekwencja tego, że trzy lata temu nagraliście wspólną płytę „Droga”?
Kiedy zaczęłam śpiewać, przez dwadzieścia lat unikałam nagrań z tatą. Dopiero kiedy poczułam, że mam własną tożsamość muzyczną i stanęłam pewnie na własnych nogach, uznałam że mogę sobie na coś takiego pozwolić. Że wreszcie będzie to prawdziwe. Wcześniej czułam, że to zawsze będzie Patrycja Markowska z tatą. A teraz to jest muzyk z muzykiem. Musiałam dojrzeć jako artystka, żeby się nie czuć w tym jak Kopciuszek, tylko jako wokalistka, która ma coś sensownego do powiedzenia od siebie. Dlatego ta współpraca tak mnie cieszy.

Tata chętnie śpiewa z tobą?
Tata w ogóle teraz nie chce śpiewać. To bardzo trudne. On nie chce jeździć na koncerty, najchętniej w ogóle nie wychodziłby z domu. Ja go wyciągam za uszy. Nie wiem, czy robię dobrze, ale namawiam go choć na sporadyczne aktywności wokalne. „Napisaliśmy razem piosenkę. To teraz nigdy jej nie zaśpiewamy na koncercie? – pytam. Naciskam, a on czasami się zgadza. Myślę, że „Kieszenie” to nasz ostatni nagrany duet.

Te wspólne nagrania wpłynęły na twoje relacje z tatą?
Nie jakoś bardzo. Ja mam wszystko poukładane jak w zegarku jako mama i wokalistka. A on nie lubi się spóźniać i jest zawsze pół godziny wcześniej. I to mnie irytuje. Mamy więc takie śmieszne spięcia. Tata planuje wszystko z dużym wyprzedzeniem, a mnie to dezorganizuje. „Tato, proszę cię, ja mam jeszcze tyle na głowie, że to dla mnie dopiero za pół roku!” – tłumaczę. On musi wiedzieć co będzie za miesiąc, a ja nie mam pojęcia co będzie za trzy dni. Ciągle wychodzi więc różnica tempa życia. Ale my się bardzo lubimy - oprócz tego, że się kochamy. Mamy podobne spojrzenie na świat, podobną wrażliwość, podobne poczucie humoru, porusza nas podobna muzyka. Zawsze od taty się uczyłam, że najlepsza muzyka to ta, która nas porusza, a nie ta, która jest modna. Na tym polu nigdy się więc nie spieramy.

Są na płycie wersy, które mówią o trudnych chwilach w życiu – choćby w „Niepoprawnej”: „Wokół wszystko niszczy czas/Za zakrętem nic nie czeka”. Zaliczyłaś też taki ciężki okres?
Oj tak. Ale myślę, że każdy kiedyś taki ma. Czasem się może wydawać, że artyści mają łatwiej. Tymczasem każdy dostaje ciosy od losu i każdy ma swoje momenty załamania. Żyjemy teraz w bardzo trudnym czasie. Ale nie możemy się poddawać. Stąd ten mój „Wilczy pęd” – nawoływanie, aby nie tracić w sobie zapału do życia i łapać wiatr w żagle. Bo łatwo jest zgorzknieć. Trzeba od tego uciekać. Dzisiaj przeczytałam, że bycie szczęśliwym to jest wybór. Dlatego trzeba się starać iść przez życie, patrząc na świat oczami dziecka, zachwycającego się drobiazgami. Bo nie wiadomo ile nam czasu zostało. Ja sobie to ostatnio bardzo uzmysłowiłam.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że kilka lat temu byłaś bliska zrezygnowania z kariery. Z czego to wynikało?
Z jakiegoś totalnego zmęczenia. Ale też z toksycznych relacji z nieodpowiednimi ludźmi, którzy byli wówczas wokół mnie. Tak czasami jest, że problemy się kumulują. Pamiętam, iż wtedy byłam tak zestresowana, że śpiewałam z „zamkniętą” klatką piersiową w obronnej postawie. To jest najgorsze dla wokalisty. Do śpiewania trzeba być otwartym. Ale tego nie da się tego zrobić na siłę. Trzeba nie napinać gardła, bo w ogóle nie trzeba się napinać. A żeby się nie napinać, trzeba być szczęśliwym. Bo głos to jest instrument wbudowany w nasze ciało. Ja jestem bardzo emocjonalna i dopiero uczę się, żeby tą emocjonalność poskramiać. Bo u mnie co w sercu, to słychać w śpiewaniu.

Co ci pomogło wyjść z tego trudnego momentu w życiu?
Na pewno terapia i przyglądanie się sobie. Na pewno jakaś autorefleksja. Przecież wiadomo, że to nie tylko świat zewnętrzny jest zły, a my jesteśmy wspaniali. My też popełniamy błędy. Na pewno pomógł mi wrodzony optymizm. Ale też mój syn i to, że czuję się za niego odpowiedzialna. Chcę, żeby miał szczęśliwą mamę, a nie frustratkę. To wszystko na raz. Ale też zwykłe drobiazgi i bycie blisko natury. Niedawno przeprowadziłam się do domku poza miastem, mam więc mały ogródek, gdzie mogłam w pandemii sadzić kwiatki i wychodzić na długie spacery z moim psem Iskierką ze schroniska. To przyziemne rzeczy, ale zwracamy na nie uwagę i możemy się nimi cieszyć. Bo niestety świat ostro skręcił w stronę totalnego konsumpcjonizmu. Miliony ludzi podziwiają na Instagramie celebrytki, które latają po świecie prywatnymi odrzutowcami. I jak tu potem cieszyć się, że jest wiosna i trawa rośnie nam w ogrodzie? Tymczasem trzeba na co dzień doceniać takie drobne rzeczy.

Powiedziałaś o terapii. Warto czasem sięgnąć po pomoc kogoś innego, niż tylko samemu mocować się z problemami?
Oczywiście. Ja uważam, że to nie jest żadna wstydliwa sytuacja, tylko namawiam wszystkich na spróbowanie. To jest taki czas dla siebie – rozmowa z kimś, kto jest kompletnie obiektywny i zna pewne mechanizmy działające w ludzkiej psychice. Świat bardzo przyspieszył. Ja teraz promuję nową płytę – i ilość wywiadów, rozmów i aktywności w mediach społecznościowych jest po prostu obłędna. Czas spędzony na terapii wyrywa mnie z tego z tego pędu i daje możliwość przyjrzenia się temu wszystkiemu z dystansu.

Ten tytułowy „Wilczy pęd” odbieram jako wsłuchanie się we własny instynkt. Często kierujesz się nim w życiu?
Dopiero z wiekiem zaczęłam doceniać ten głos. Wcześniej go zagłuszałam. Z czasem zauważyłam jednak, że im częściej kieruję się własnym instynktem, tym lepiej na tym wychodzę. Bo jednak ten nasz wewnętrzny głos się nie myli. Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale to jest tak jak z bocianem, który zasuwa przez pół świata, aby trafić do swojego gniazda. My też chyba wiemy, gdzie jest nasze gniazdo, tylko czasem z tego kursu zbaczamy.

A co zrobić, żeby usłyszeć ten głos w sobie?
Bardzo dobrym sposobem jest wyciszanie się. Wyłączenie telefonu, pójście na długi spacer, zagłębienie się w siebie. To oczywiście jest bardzo trudne. Kiedyś usłyszałam, jak bardzo ważne dla rozwoju naszych dzieci jest... nudzenie się. Bo powiedz, kto się teraz nudzi? Kiedy siedzimy w poczekalni do lekarza, to zasuwamy w telefonie. Kiedy stoimy w korku, wszyscy wyjmujemy telefony. To sprawia, że nie ma w naszych głowach przestrzeni, żeby usłyszeć ten głos instynktu.

W piosence „Pod wiatr”, deklarujesz: „Ciągle we mnie jest wiara w ten świat”. Co sprawia, że mimo całego zła, które widzimy naokoło, masz w sobie taką wiarę?
Oczy mojego syna. Mój pies, który kiedy mnie wita, to zachowuje się, jakby zobaczył Boga w drzwiach. Muzykowanie z moim tatą i z moim zespołem. Moment, kiedy stoję na scenie i czuję przepływ energii z publicznością, dzięki czemu oni są szczęśliwi i ja jestem szczęśliwa. Jakiś piękny widok. Jestem osobą wierzącą, więc czuję, że jest coś więcej poza tym wszystkim. I to daje mi siłę.

Powiedziałaś kiedyś, że wychowałaś się w hipisowskiej rodzinie. Przeniosłaś ten wzór na własną rodzinę?
Z jednej strony tak. Bo ja lubię się ze swoim synem przyjaźnić. Na pewno ważna jest dla mnie wolność, która tak mocno wybrzmiewa na tej nowej płycie. Ale jednak jestem mamą-kwoką i syn mi wypomina, że zrobiłam się za bardzo opiekuńcza. Prosi mnie czasem, żebym trochę odpuściła. A ja w żadnej sferze swego życia nie chcę odpuszczać. To jest może czasami męczące, ale ja chcę, żeby mój syn był dobrze wychowany. Po prostu. Żeby szanował innych i nie był skupiony tylko na sobie. Dlatego nie chcę go przesadnie chwalić: że jest najpiękniejszy i najmądrzejszy. Nie chcę go rozpieszczać. Ja wychowałam się w biednych czasach i cieszyłam się, kiedy mama zdobyła w sklepie banany. Dzięki temu mam hart ducha. W dzisiejszych czasach trudno sprawić, żeby dzieci nie były rozpuszczone i nie miały jakichś wielkich wymagań. To trudne zadanie dla rodziców. Że już pominę zabieranie co pięć minut telefonu czy laptopa. Ja na tym polu nie chcę odpuszczać.

Filip ma już czternaście lat. W tym wieku nastolatki buntują się wobec rodziców. Zauważyłaś coś takiego?
Jasne. To dla mnie trudny czas. Ja staję na rzęsach, żeby jakoś sobie z tym poradzić. Najważniejsza jest tutaj chyba komunikacja – dlatego staram się zawsze znaleźć czas na rozmowę z synem. Oczywiście spieramy i wkurzamy się na siebie. Na przykład wczoraj bardzo się pokłóciliśmy i wręcz obraziłam się na niego. Ale w końcu przyszedł do mnie, przytulił się i powiedział: „I tak się zaraz pogodzimy, więc po co marnować czas?”. Filip ma silną osobowość. Dlatego ulegam jego urokowi. Jego tata denerwuje się wtedy na mnie i mówi: „On zaraz cię urobi!”.

Filip słucha twojej muzyki?
Kiedyś powiedział: „Mamo, twoje piosenki w ogóle mi się nie podobają i nie wiem, co ty tam śpiewasz”. (śmiech) Kiedy jednak zaczęłam tworzyć „Wilczy pęd”, to zaczęłam mu puszczać już wstępne wersje nagrań. Posłuchał i po chwili ciszy pyta: „Kiedy jedziesz w trasę z tą płytą”? „A co?” – odparłam. „Bo chciałbym z tobą pojechać”. „Ty chcesz ze mną jechać?”. „Jak będziesz grała te nowe piosenki – to tak”. Widać więc, że mu to w duszy zagrało.

Dzisiejsze nastolatki słuchają głównie hip-hopu. I twoją płytę kończy zaskakująca kompozycja w tym stylu – „Więcej”. To podpowiedź Filipa?
Tak – on kocha hip-hop. Pierwszą jego fascynacja był „Bilon” z Hemp Gru. To nasz przyjaciel. A ta piosenka na płycie powstała dzięki temu, że odezwał się do nas L.U.C. Bardzo się z tego ucieszyłam, bo ten utwór podejmuje ważny temat konsumpcjonizmu. To jest piękna puenta tej płyty, dlatego dodałam ją jako bonus. Mogłam się dzięki temu wypowiedzieć na temat tego, że ten konsumpcjonizm coraz bardziej nas pochłania. Bardzo mi się podoba myślenie Bisza, który też pisał tekst tego utworu.

Ta piosenka mówi też o naszym zagubieniu w świecie mediów społecznościowych. Jak ty sobie z tym radzisz?
Ja lubię nowe wyzwania. Choćby dlatego założyłam sobie ostatnio TikToka. Kiedy wytwórnia mi to zasugerowała, obudził się mój sprzeciw. Ale uległam tym namowom. I okazało się, że to jest fajne narzędzie, dzięki któremu można mieć nowy kontakt z młodszymi fanami. Odkryłam więc w tym jakąś przestrzeń dla siebie. Ale czuję, że z tym trzeba bardzo uważać. Staram się więc nie zwariować i zachować jakieś normalne proporcje. Dlatego czasem po prostu wyłączam telefon.

Niby radzisz sobie z tymi mediami społecznościowymi, ale mam wrażenie, że jednak wolisz budować kontakt z fanami w bardziej tradycyjny sposób – nagraniami i koncertami.
Ostatnio moja przyjaciółka Karina przyszła na mój akustyczny koncert i zabrała ze sobą całą swoją firmę. Potem mówi: „Wiesz jacy oni byli zaskoczeni i zachwyceni? Na koncercie jest zupełnie inny odbiór ciebie”. Pomyślałam wtedy: „Śpiewam już dwadzieścia lat i jeszcze kogoś jestem w stanie zaskoczyć jaka jestem na koncercie!”. (śmiech) To pokazuje, że póki tak jest, to jednak warto dalej dawać te występy. Tak naprawdę to właśnie koncerty są najpiękniejszą częścią mojej pracy, bo wtedy w pełni rozwijam skrzydła.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.to.com.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.