Anita Czupryn a.czupryn@polskatimes.pl

Wojny polsko-ukraińskiej nie będzie [rozmowa]

„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego budził kontrowersje jeszcze nim powstał. Reżyser w trakcie produkcji musiał szukać źródeł finansowania. Po pierwszych Fot. materiały prasowe „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego budził kontrowersje jeszcze nim powstał. Reżyser w trakcie produkcji musiał szukać źródeł finansowania. Po pierwszych pokazach film zbiera bardzo dobre recenzje.
Anita Czupryn a.czupryn@polskatimes.pl

„Wołyń” kipi emocjami. Ale też nasza historia, historia kresów, kilku narodów, które tam mieszkały, jest dramatyczna. Publiczność nie mdleje na „Wołyniu” - prostuje plotki producent filmu "Wołyń" Dariusz Pietrykowski.

Publiczność mdleje oglądając film„Wołyń”?
To jest nieprawda. Byłem obecny na każdym pokazie filmu. Ale wiem, dlaczego pani o to pyta. Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie napisał tak pan Szymon Jadczak, bo ja go na pokaz filmu nigdy nie zapraszałem. Najprawdopodobniej więc nie widział filmu.

Szymon Jadczak, dziennikarz TVN napisał na swoim profilu na Twitterze: „Pierwsza wersja Wołynia Smarzowskiego została skrócona o 40 minut, bo publiczność mdlała na seansach kontrolnych od scen przemocy”. Film został skrócony o 40 minut?
To druga nieprawda. Mogę jedynie powiedzieć, że powstała wersja na zagranicę i ona rzeczywiście jest krótsza. Ale nie o 40 minut, tylko o wiele mniej. A krótsza jest dlatego, żeby była bardziej zrozumiała dla zagranicznego widza. Pewne wątki poboczne w głównej wersji filmu dla widzów mieszkających zwłaszcza za zachodnią granicą, mogą być trudne w odbiorze.

Które?
Nie chcę się w to zbytnio zagłębiać, ale chodzi o wątki, które mają wpływ na epickość obrazu, dla nas zrozumiałe ale dla widza zagranicznego niekoniecznie.



"Wojny polsko-ukraińskiej nie będzie. "Wołyń" to film o naturze zła"

Pierwsze głosy po pokazie są takie, że film jest brutalny, ale prawdziwy. Wina nie jest oczywista, pokazane są też grzechy Polaków, pokazani są i dobrzy Ukraińcy. Ale też pojawiły się i takie recenzje, które zapowiadają wręcz wojnę polsko-ukraińską. Pan się tego nie obawia?
Oczywiście, że się obawiamy tego, jakie reakcje wzbudzi film. Zawsze się tego obawialiśmy. Choć zapowiedź wojny polsko-ukraińskiej, o jakiej pani wspomniała, to tylko jedna z opinii po obejrzeniu filmu i chyba mocno przesadzona. Większość tych opinii wskazuje jednak, że w filmie została bardzo wiernie przedstawiona historia. Brutalność też jest względna. Jeden odbiera, że film jest brutalny, bo oczywiście w tle dzieją się bardzo dramatyczne wydarzenia. Inni z kolei mówią, że za mało pokazano scen z rzezi. Słyszałem i takie wypowiedzi: „Przyszedłem na film pana Wojtka Smarzowskiego, znam jego twórczość, lubię czy nie lubię, to mniej istotne, ale jestem zaskoczony, bo byłem przygotowany na większą brutalność, a wcale tak nie jest”. Wypowiedzi, że film jest delikatny w sposobie ujęcia tematu, też się zdarzają. „Wołyń” kipi emocjami. Ale też cała nasza historia, historia kresów, kilku narodów, które tam mieszkały, jest bardzo dramatyczna. Należy również pamiętać, że wszystko dzieje się w czasie wojny.

Pana zdaniem to film o naturze zła, czy bardziej o relacjach polsko-ukraińskich?
To przede wszystkim film o naturze zła, o tym, co głęboko siedzi w człowieku, oraz o tym, do czego może doprowadzić odpowiednio podsycany nacjonalizm.

W naszych czasach wszystko lubimy upraszczać. Nie boi się pan, że przez uproszczenie właśnie, nie zagłębianie się w różne, ukazane w „Wołyniu” niuanse, film może stać się pożywką dla nacjonalistycznych nastrojów?
Zrobiliśmy film. Jak on politycznie zostanie wykorzystany - na to nie mamy wpływu. Wie pani, powtórzę zdanie, może już odrobinę wyświechtane przez to, że często się o tym mówi - ale dobre relacje należy budować na prawdzie. I tę prawdę trzeba sobie kiedyś w końcu powiedzieć. .

A co z Rosją? Czy powstała w twórcach filmu myśl, refleksja, że „Wołyń” może być przez Rosjan wykorzystany, może stać się narzędziem do szerzenia rosyjskiej propagandy?
Absolutnie, nie myśleliśmy o tym. Staraliśmy się trzymać z dala od jakiejkolwiek polityki. Po prostu - chcieliśmy zrobić film. Wojtek Smarzowski lubi poruszać trudne tematy, lubi wywoływać dyskusje, i to jest właśnie taki temat, który w pewnym momencie go zainteresował. O zrobieniu nowego filmu zaczęliśmy rozmawiać pod koniec 2011 roku, jeszcze w trakcie „Drogówki”, Wojtek był świeżo po „Róży”, i wtedy pojawił się temat Wołynia - jako jeden z kilku tematów zresztą. Od początku 2012 roku zaczęliśmy już nad tym intensywnie pracować - głównie Wojtek; dostarczaliśmy mu materiały, organizowaliśmy tak zwany research oraz spotkania. Wojtek nieomal odbył studia, zagłębiając się w ten temat. No i powstawał scenariusz. Dużą inspiracją do powstania scenariusza był zbiór opowiadań Stanisława Srokowskiego „Nienawiść”. Na początku myśleliśmy nawet o tym, aby tytuł filmu był właśnie taki. Jakby dobrze policzyć, to można powiedzieć, że od tamtego okresu do dzisiaj upłynęło niemalże pięć lat.



"Wołyń" to jedna z największych produkcji polskiej kinematografii ostatnich lat

Dla kina Smarzowskiego charakterystyczne jest to epatowanie scenami przemocy, gwałtu, jest w tym pewnego rodzaju dosłowność. Ale czy właśnie ta dosłowność nie zaburzy przekazu o samej naturze zła?
Nie zgodziłbym się z pani słowami, że u Wojtka w filmach epatuje jakieś straszne okrucieństwo. Jeśli takie sceny się pojawiają, to nie dlatego żeby epatować przemocą, one mają przecież zawsze, jak najbardziej, swoje uzasadnienie. „Wołyń” to filmowa opowieść, i nie jest to film tylko o rzezi wołyńskiej, trzeba to jasno powiedzieć - to jest film o kawałku naszej historii, przejmującej historii kresów, która, jak pani wie, zaczyna się w naszym filmie w 1939 roku, a kończy dramatycznymi wydarzeniami w 1943 roku. W tle oczywiście ta rzeź jest i w związku z tym takie drastyczne sceny też się pojawiają. Ale nie mogło chyba zabraknąć takich momentów w tym filmie, to nie byłoby uczciwe, gdybyśmy ich nie pokazali.

Film o sąsiadach, którzy żyli obok siebie i nagle zaczęli się mordować widłami - jak to odnieść do współczesności? I czy w ogóle można to odnieść?
Ależ oczywiście. Jak najbardziej. Przecież zło, okrucieństwo istnieje do tej pory, to się wciąż dzieje. Działo się niedaleko nas, w Europie w latach 90., dzieje się i teraz w różnych zakątkach całego świata. Cały czas. Stąd ten film jest jak najbardziej aktualny. Można powiedzieć, pokazuje studium zła i to do czego może doprowadzić nacjonalizm, kiedy odbiera ludziom myślenie.

Jak pan przyjmuje komplementy - że to wielkie kino, najlepszy film, jaki powstał w wolnej Polsce?
Mnie trudno jest oceniać, czy jest to wielki film. Myślę, że popełniliśmy film ważny. Ale czy on jest wielki, wybitny? Nie nam to oceniać. Jeśli jednak chodzi o pracę przy nim, to rzeczywiście była to trochę inna aktywność, bo i temat był inny niż do tej pory. To zupełnie inny film niż „Wesele”, „Dom zły”, czy „Drogówka”. Zakres tematu, trudność w organizacji pracy, to wszystko sprawiło, że rzeczywiście był to duży wysiłek zarówno dla Wojtka, jako reżysera, jak i dla nas, jako producentów.

Czy dla pana rzeź na Wołyniu, to była sprawa znana? Czy pan również ma jakieś osobiste związki z tamtymi wydarzeniami?
Związków osobistych nie mam, chociaż moja rodzina ze strony ojca pochodzi z kresów, ale bardziej z północnej części, z pogranicza dzisiejszej Białorusi i Litwy.

Pytam o to, bo pan Smarzowski w rozmowach powoływał się na badania, z których wynikało, że 50 procent Polaków nie ma pojęcia o rzezi wołyńskiej, o tym, co się na Wołyniu wydarzyło. A połowa z tych, którzy deklarują, że wiedzą, to wiedzą źle. Dzięki filmowi dowiedzą się prawdy?
Rzeczywiście, sam byłem świadkiem tego, gdy Wojtek o tym mówił i faktycznie na takie badania natrafiliśmy, które pokazują jak to wygląda. Wiedza społeczeństwa polskiego na temat rzezi wołyńskiej kształtuje się na dość niskim poziomie. To zaniedbania wynikające pewnie z różnych powodów. Jeśli chodzi o mnie, to w szkole oczywiście tej wiedzy mi nie przekazano, tego tematu się na lekcjach nie poruszało. Potem, wraz z tak zwanym wiekiem, człowiek sam dociera do informacji. Pewną wiedzę na temat rzezi wołyńskiej posiadałem jeszcze przed rozpoczęciem prac nad filmem, ale na pewno nie taką, jak w tej chwili - już po jego realizacji. I myślę, że Polacy z tego filmu dowiedzą się, jaka jest prawda o Wołyniu. Mamy też taką nadzieję, że niektórzy widzowie po obejrzeniu filmu zostaną tak zainspirowani, aby bardziej się w ten temat zagłębić i chcieć go bardziej go poznać. Aczkolwiek, należy pamiętać też, że to jest film fabularny, a nie szczegółowe odtworzenie historii. Mimo to jest on bardzo wierny tej historii, która się w tamtym czasie wydarzyła.

Ciekawa jestem ile pozostanie z nadziei reżysera, który mówił, że chciałby, aby ten film stał się pomostem między dwoma narodami - polskim i ukraińskim. Są takie momenty w tym filmie, które mogą w tym dopomóc?
Z pewnością, bo Wojtek przykładał do tego dużą uwagę podczas realizacji. Przede wszystkim jeśli chodzi o proporcje i akcenty, myślę, że są one w filmie zachowane. Widzimy całe spektrum zachowań ludzkich bez względu na narodowość. Takie jest życie, w nim nie ma schematów, wszystkie postaci w filmie, niezależnie od narodowości, pokazują różne postawy. Jak w życiu - w nim również nie ma wyłącznie biało-czarnych postaw i takich zachowań.

A ile, pana zdaniem, jest w tych filmowych brutalnych obrazach - miłości? Wszak reżyser podkreślał wielokrotnie, że „Wołyń” to przede wszystkim film o miłości.
Miłości jest wiele, to przecież jest cała historia głównej bohaterki i jej rodzącego się pierwszego uczucia do Ukraińca, sąsiada Petra. Nie będę zdradzać zakończenia filmu, ale ono też może świadczyć o tym, że jednak miłość zwyciężyła, że jest ona ponad wszystko.

Kiedy czytałam wywiad, jakiego udzielił pan Arkadiusz Jakubik, mówił, że dla niego praca przy tym filmie była niezwykle ciężka, właśnie przez emocje. Od razu po zdjęciach zawinął się i wyjechał. Jak przeżyli to inni aktorzy?
Arek należy do takich aktorów, którzy bardzo mocno wchodzą w rolę, stąd, kiedy rola go bardzo wciągnie, potrzebuje więcej czasu, aby po zakończeniu zdjęć wrócić do… krótko mówiąc - do siebie. Jego rola rzeczywiście była ciężka, a i z tego co wiem, choć nie znam szczegółów, nałożyły się na nią rodzinne przeżycia i związki z Wołyniem. Pewnie to dodatkowo sprawiło, że potrzebował czasu, aby do siebie wrócić. Ale chyba większość aktorów poradziła sobie nieźle. Mamy z nimi kontakt. Bardzo dobrze sprawdzili się aktorzy z Ukrainy, którzy grali w tym filmie i nawet dość dużo ich wystąpiło; po skończeniu zdjęć wrócili do siebie i dają radę.

Pan nie miał problemów z powrotem do siebie? I co teraz? Była przerwa?
Przerwy nie było, życie toczy się dalej, są kolejne plany produkcyjne. Jeszcze nie miałem przestoju i oddechu po zakończeniu „Wołynia”, bo ta praca się jeszcze nie skończyła. Na dobrą sprawę, dopiero w poniedziałek 19.09.2016 roku mieliśmy gotowy film.

Chciałby pan nadal współpracować z panem Wojciechem Smarzowskim przy nowych filmach?
(Śmiech). To przecież zależy też od Wojtka. Na razie „Wołyń” to czwarty film, jaki razem robiliśmy. Czas pokaże. Ja nie mam oporów. Ale należy się zapytać Wojtka, co o tym sądzi. Może film o piłce nożnej?





Autor: Anita Czupryn

Anita Czupryn a.czupryn@polskatimes.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.to.com.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.